Dlaczego czasami trudno jest zakończyć beznadziejny związek?

Categories Dobra samoocena, Dobre relacje, Wyróżnione
Beznadziejny związek

„Kids, you can’t cling to the past, because no matter how tightly you hold on, it’s already gone.” – Ted Mosby, How I Met your Mother

Miłość i w ogóle relacje międzyludzkie to wielopłaszczyznowy temat. Każdy z nas posiada specyficzny zestaw cech oraz doświadczeń życiowych, które kształtują nasze zachowanie, wpływają na to, co myślimy o ludziach i jak ich traktujemy. Decydują o tym, czy lubimy się dzielić, czy umiemy okazywać uczucia, mówić, co myślimy i czy całą czekoladę zawsze chcemy zostawić tylko dla siebie, a wyrażanie swoich prawdziwych myśli przy znaczących dla nas osobach widzimy jako najstraszniejsze, co może się wydarzyć. Indywidualne uwarunkowania sprawiają, że nie ma dwóch identycznych związków.

Sztucznie podtrzymywana przy życiu

Ale pomimo tych różnic, wszystkie relacje przechodzą przez podobne etapy. Według teorii Sternberga zaczyna się od zakochania, a kończy na „związku pustym”. Tutaj dwoje ludzi jest ze sobą głównie przez wzgląd na zaangażowanie, bo intymności i namiętności już nie ma (jeśli nie chcemy do tego dopuścić, warto szczególnie dbać o intymność – zaufanie, bliskość, życzliwość, która utrzymuje związek w fazie przyjacielskiej). Myślę, że istnieje kilka głównych czynników, które sprawiają, że wolimy sztucznie utrzymywać taki wybrakowany, niedobry związek, podając mu tlen, zamiast dopuścić do naturalnego rozkładu, który i tak nieuchronnie się zbliża.

Niedobry związek? Ja myślę, że to taka relacja, która źle wpływa na nasze mniemanie o sobie, psuje nam humor, zabiera energię, entuzjazm, sprawia, że postępujemy wbrew swoim wartościom. W ogólnym rozrachunku daje więcej smutku niż radości. Ale to nie jest idealna definicja.

Bo zdarza się, że nie związek odbiera nam energię i radość, tylko nasze wewnętrzne problemy. Bywa tak, że pewien obszar w naszym życiu kuleje, albo coś nas bardzo mocno wkurza i nie do końca potrafimy określić, co to takiego. Zdarza się, że błędnie upatrujemy przyczyny w partnerze albo tym, co nas z nim łączy, a potem okazuje się, że my sami byliśmy źródłem tego poirytowania, bo na przykład nie potrafiliśmy rozwiązać sprzeczki z przyjaciółką, irytowało nas mocno nasze nienadążanie za życiowymi sprawami albo czegoś się obawialiśmy.

Kiedy miłość zamienia się w kamień mosiężny u nogi

Czasami też bywa tak, że związek jest zupełnie w porządku, ludzie są zakochani, wpatrzeni w siebie jak w ogromne słoiki Nutelli, nie widzą poza sobą świata, ani żadnych innych słodyczy. Ale po jakimś czasie smak zostaje ulepszony innymi składnikami, nieznacznie się zmienia i nagle przestaje nam odpowiadać. Zastanawiamy się, co się stało? Dlaczego? Czy zawsze było tak źle, tylko do tej pory tego nie widzieliśmy? Otóż niekoniecznie. Ludzie przez całe życie dojrzewają, zmieniają się, wobec czego nasze oczekiwania mogą na przestrzeni lat także stawać się inne. I po prostu czasem dojrzewamy w innym kierunku niż nasz partner, drogi zaczynają się rozmijać, wspólnych tematów coraz mniej, a radość ze wspólnego czasu już nie ta sama.

W zależności od relacji, to wcale nie musi świadczyć o  jej końcu, ludzie nadal mogą być ze sobą szczęśliwi, pomimo że pewne aspekty ich związku uległy zmianie.

A jeśli nawet im te rozbieżne drogi przeszkadzają, często da się to naprawić. Porozmawiać o oczekiwaniach, dostosować się do drugiej osoby, jeśli tego chcemy i jeśli to dostosowanie nie wykracza poza nasz kanon wartości. Każdy przypadek jest inny.

Niekiedy jednak relacja pomiędzy dwojgiem ludzi psuje się tak bardzo, że obie strony przestają czerpać z niej radość. Przestają jej chcieć. Modlą się w duchu, żeby to się jakoś naturalnie rozwiązało. A z drugiej strony błagają, żeby się nie kończyło, bo ten słoik Nutelli, pomimo niedobrego smaku i składu, nadal jest wielki i przesłania im świat tak bardzo, że nie widzą dla siebie alternatywy. I trwają tak w punkcie zero, unieszczęśliwiając siebie wzajemnie. Niby chcąc, ale w głębi duszy o stokroć bardziej nie chcąc.

Dlaczego sobie to robimy?

Beznadziejny związek

a) Brak gotowości, brak odwagi, niechęć do zmian

Myślę, że obawianie się zmian jest całkiem normalne. Najbardziej pierwotne instynkty zmuszają nas do dbania o własne bezpieczeństwo. Biologicznie wdrukowane mamy, że to, co nieznane jest bardziej niebezpieczne niż to, co znamy i mózg działa według takiego właśnie skryptu. Jeśli mu na to pozwolimy. Jesteśmy naprawdę mądrymi istotami i z reguły, kiedy trwamy w niszczącym związku, w relacji, która rujnuje naszą integralność, poczucie własnej wartości, to wewnętrznie czujemy, coś nam w środku podpowiada, że to nie służy nam dobrze. Ale uciszamy ten głos rozsądku, zagłuszamy go wymówkami.

b) Przekonanie, że obecny partner jest najlepszym, co może nas spotkać. Że nie spotkamy nikogo lepszego. Albo że nie zasługujemy na nikogo lepszego.

Zazwyczaj znacząco siebie nie doceniamy. Wydaje nam się, że jesteśmy trochę brzydsze, trochę głupsze i trochę mniej zabawne, niż w rzeczywistości, niż odbierają nas ludzie. Jestem zdania, że nawet jeśli uważamy, że straciliśmy miłość swojego życia, tylko od naszego nastawienia zależy, czy poznamy kolejną. Bo to bujda, że każdemu z nas przysługuje tylko jedna. Miłość jest tak wartościowa, jak jej pozwolimy, żeby była. Jeśli więc po raz czwarty w swoim życiu uważasz, że poznałaś miłość swojego życia, to zapewne masz racje i nie daj sobie nikomu wmówić, że jest inaczej.

c) Lubimy się przyzwyczaić

Ostatnio w moich ukochanych „Chirurgach” padły słowa, które zapadły mi głęboko w pamięć i w serce.

„When you hold onto anything for too long, your muscles can form to the position you’re holding. That applies to the heart and the mind, as well as the hand. The pain you know is coming is what makes it easier to just keep holding on.” ~ Meredith Grey

Przyzwyczajamy się do sytuacji trwającej w naszym życiu, do złej się przyzwyczajamy, do dobrej także, do pracy, która nie spełnia oczekiwań oraz do związku, który nie zaspokaja naszych potrzeb.

Niewielu znam ludzi, którzy nie lubią „strefy komfortu”. Większość z nas tworzy sobie takie przytulne, ciepłe okopy, w których jest miło, pachnie lawendą albo cynamonem, a przedmioty poukładane są po naszemu. Mamy ukochanych ludzi, bez których nie wyobrażamy sobie życia i najczęściej trudno jest wpuścić nam innych do swoich okopów. Bo to by trochę wychodziło już poza to milutkie wyobrażenie, że wszystko jest znajome i że nie musimy spodziewać się żadnych przykrych niespodzianek.

Dlatego jak już sobie utworzymy takie przyjemne miejsce, czy to jako singiel, czy w parze z drugą osobą, lubimy ten stan psychicznego komfortu, nawet jeśli od pewnego momentu  komfort zaczyna łączyć się z bólem. Ból i frustracja, wynikające z sytuacji, którą znamy, wydają się nadal lepsze niż droga w nieznane. Nie wiadomo przecież czy nieznane nie dałoby nam jeszcze więcej cierpienia. Jak to mówi nieco wulgarne powiedzenie, czasami wybieramy po prostu opcję „chujowo, ale stabilnie”.

Zawsze warto znaleźć chwilę, by się zastanowić. Ot tak, by potem nie żałować.

Analiza

Co idzie nie tak? Może problem jest do rozwiązania?  W każdej sytuacji dobrze jest racjonalnie rozważyć, co właściwie się dzieje, spokojnie zapoznać się z wersją obu stron – naszą i drugiej połówki. Zdarza się, że wyolbrzymiamy i problem, który dzisiaj wydaje się nie do rozwiązania, po kilku rozmowach, paru dniach i wspólnie zjedzonych kanapkach z jajkiem i majonezem, okazuje się całkiem rozwiązywalny. Bo miłość to faktycznie nie zawsze pluszowy miś, każda relacja może mieć kryzys mniejszy lub większy i wszyscy czasami się kłócą. Byle tylko to faktycznie było „czasami”, a nie „nieustająco od dwóch lat”.

Racjonalne myślenie

Miłość tak już się rozwija, że po pewnym czasie przechodzi gładko w przyzwyczajenie. Każdy z etapów związku ma niewątpliwie swoje plusy i minusy, początkowa faza zakochania jest fascynująca i pociągająca, ale to późniejszy, partnerski etap daje nam poczucie bezpieczeństwa, polegania na drugiej osobie, czasem porozumienia dusz. Nie oczekujmy, że zawsze będą fajerwerki. Ale zawsze, nawet po 20 latach bycia razem, można te fajerwerki zorganizować. Wszystko to kwestia chęci, wyobraźni, inicjatywy i rozsądnego podejścia zakładającego, że o miłość należy dbać i rozniecać ogień, bo on sam się nie roznieca. To się robi świadomie, z rozmysłem.

Niektórzy ludzie po prostu nie są dla siebie

Mam taką teorię, że jeśli w związku się bardzo mocno nie układa, to w 95% przypadków NIE DLATEGO, że z którymś z partnerów jest coś jest nie w porządku. Po prostu ci konkretni ludzie nie są dla siebie. Albo na tym etapie swojego życia do siebie nie pasują. Bo na przykład jedno z nich potrzebuje szczerze i dużo rozmawiać, a drugie nie widzi potrzeby i nie chce tego robić – za kilka lat ta druga osoba może mieć zupełnie inne podejście, bo życie zmienia ludzi. Ale nigdy nie wiemy, czy ten człowiek zmieni się akurat w sposób i w stronę, w jaką marzymy, żeby się zmienił.
Czasami oczywiście warto dać szansę, poczekać, ale czy nie lepiej postawić na swoje szczęście, zamiast na szczęście, które MOŻE kiedyś nadejdzie, gdy on się zmieni? Samo z siebie nic się nie zmieni.

Nie mamy mocy sprawczej, by zmienić drugiego człowieka

Jeśli chcemy się częściowo zmienić dla drugiej osoby, żeby wygodniej nam się wspólnie żyło, jeśli ta zmiana jest zgodna z naszymi wartościami, to okej. W końcu trudno żeby dwoje ludzi idealnie się uzupełniało więc dla dobra miłości można się w pewnych kwestiach nieco nagiąć. Myślę sobie, że to jest nawet wskazane. Ale wymuszanie na kimś zmian, kiedy ten ktoś nie czuje potrzeby, by się zmieniać raczej nie przyniesie oczekiwanych skutków. Motywacja powinna wychodzić z naszego wnętrza, żeby zmiana była trwała.

Miłość to wielki przywilej, cudownie mieć ją w swoim życiu. Ale jest z nią trochę jak z kwiatami. Żeby przeżyła, powinno się o nią dbać, doglądać, podlewać, jednak trzeba w tym wszystkim znaleźć złoty środek. Żeby ani jej nie ususzyć, ani nie utopić.

Polecane wpisy:

1 thought on “Dlaczego czasami trudno jest zakończyć beznadziejny związek?

  1. Bardzo dziękuję. Czasami trzeba powiedzieć pas. Pomimo wspólnego mieszkania, wakacyjnych planów, i długiego stażu razem. To 95% złego jest w moim przypadku aż nazbyt trafne. Niby kochamy, a jednak bardziej już tęgo nie chcemy. Dziękuję, świetnie piszesz 🙂 jestem stałą czytelniczką 🙂 tak trzymaj!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *