Emocje,  Samoocena

To ja już jestem dorosła?!

Gdy na początku października w mojej stopie rozerwała się torebka stawowa, na kilka dni zostałam uziemiona. Nie mogłam chodzić do pracy, w zasadzie nigdzie nie mogłam chodzić. Miałam więc pięć wolnych dni. Takich zupełnie wolnych.

Odkąd skończyłam szkołę średnią, w każde wakacje pracuję. Od drugiego roku studiów, pracuję sobie dorywczo także podczas roku akademickiego. Kiedy jeżdżę na wczasy, to raczej zwiedzam, nie leniuchuję. A gdy mam wolne od uczelni i od pracy, odwiedzam moje dwie rodziny i wtedy staram się ten czas spędzać z nimi, nadrabiać zaległości, rozmawiać, robić coś.
Kiedy więc nagle moja stopa się zbuntowała i musiałam dać jej odpocząć, zostałam skazana na spędzenie kilku dni z najbardziej upierdliwą osobą, jaką znam.
Ze sobą.
A to skłoniło mnie do przemyśleń.

W byciu dorosłym najgorsze jest to, że musisz robić te wszystkie dorosłe rzeczy. Musisz zajmować się pracowaniem, praniem, robieniem zakupów, gotowaniem i sprzątaniem.  Dopóki nie robisz tego wszystkiego samodzielnie, trudno zdać sobie sprawę jak dużo to pochłania czasu. Wystarczy zamieszkać bez rodzicieli, żeby poczuć różnicę.

Gdy jako nastolatka chorowałam albo po prostu miałam jakieś dłuższe wolne, to zwykle trwoniłam dni na błogie lenistwo. Spotykałam się z przyjaciółmi, bawiłam się z moim małym rodzeństwem, czytałam powieści i oglądałam seriale. I te dni były najlepsze, uwielbiałam je. Nie myślałam o przyszłości, o rozwijaniu się, o uczeniu się czegoś w wolnym czasie, bo przecież przyszłość była tak odległa, że nie widziałam sensu, by się tym zamartwiać. Lepiej było robić po prostu to, co sprawia mi przyjemność. I chyba wtedy myślałam, że zawsze wolny czas będę spędzać właśnie w ten sposób.

Kiedy jednak teraz na pięć dni zostałam sama ze sobą, czułam dziwne uwieranie w środku, gdzieś pomiędzy sercem a jelitami. Mam wrażenie, że tam właśnie mieszka sobie moje sumienie.

Nagle zdałam sobie sprawę, że już skończył się ten beztroski okres mojego życia. Że już nie jestem w stanie spędzić całego dnia, oglądając seriale tak jak kiedyś, bo sumienie robi mi wyrzuty, że marnuję swój czas. Że wolny czas powinnam inwestować w coś, dzięki czemu będę czuć, że się rozwijam. Że jestem lepszą, mądrzejszą, ładniejszą wersją siebie.

Może właśnie na tym polega prawdziwa dojrzałość? Na uzmysłowieniu sobie, że można być lepszym, a wolny czas nie powinien być tylko czasem przyjemności, ale też pracy nad sobą?
Może w zasadzie cała ta dorosłość wcale nie jest aż taka straszna?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *